San, maj 2007

Czyli całkiem subiektywna relacja z majowego kajakowania piękną rzeką San od Sanoka do Jarosławia.

Dla zainteresowanych, zdjęcia można oglądać tutaj.

Zacznijmy od tego, że szykowaliśmy się na ukraiński spływ Prutem od Kołomyji do Czerniowiec. Nabrałem masę map, przewodniki i inne przydatne rzeczy. Na San nie byliśmy przygotowani zupełnie. Fajek większego zapasu i “napojów rozgrzewających” też nie brałem, bo kto by zwoził drewno do lasu.

Cóż, przypadek, a właściwie bzdurne Ukraińskie przepisy zmusiły nas do zmiany planów. No i przygód nam los zgotował sporo. Ale po kolei.

Dzień 1 (sobota 28.IV). Wyjazd po raz pierwszy.

Prawie cała ekipa zebrała sie z rana karnie na pl. Bankowym i zapakowała do autokaru. Reszta czekała na przystani. Razem z nami mieli nadzieję zabrać się dwaj koledzy, Maniek i Łukasz, którzy planowali wyprawę w Karpaty Ukraińskie. Zajechaliśmy na przystań, spakowaliśmy wiosła i inny osprzęt, uwiązaliśmy kajaki i gotowi do drogi czekaliśmy na decyzję o wyjeździe.

Niestety drogowcy zastawili na nas wredną pułapkę i remontowali wał wiślany. Kierowca, Mirek, postanowił przetrzeć przejazd po niezrobionym jeszcze wyjeździe. Wziął rozpęd, nabrał szybkości, wjechał na nasyp i… nagle coś solidnie huknęło w autokarze. Autobus zakopał się w żwirze, po wstępnych oględzinach okazało się, że urwał się wał albo coś tam innego. W każdym razie autokar o własnych siłach nigdzie nie pojedzie. Ale wyciągnąć go wcale nie było łatwo. O nie. W kilkunastu chłopa nie daliśmy rady wypchnąć, podkładając solidne płyty betonowe pod koła. Dopiero z pomocą przyszedł nam kierowca ciągnika z budowy. Ale i tak łatwo nie poszło. Przy próbie wyciągania pogiął się hak w autokarze, a ten ani drgnął. Co nie siłą to głową. Ciagnik unosił tył autobusu, my pchaliśmy i jakoś poszło. Koło południa rozjechaliśmy się do domów a Mirek pojechał w poszukiwaniu uszkodzonej części.

I w tym miejscu chciałbym serdecznie podziękować Asi i Henrykowi, którzy zaprosili Mańka, Łukasza i mnie na doczepkę na ciasto. Skończyło się na całym dniu spędzonym na miłych rozmowach, spacerach i wymianie kół w samochodzie. 🙂 Naprawdę mogliśmy się poczuć jakbyśmy już byli na urlopie.

Pod wieczór było już wiadomo. Część odszukana, w zasadzie nie pasowała, ale trochę pracy przy tokarkach, frezarkach, spawarkach i innych urządzeniach mechanicznych i już pasuje. Jutro o 6 rano startujemy. Maniek z Łukaszem zdecydowali się odłączyć i pojechać jeszcze wieczorem rejsowym autobusem do Lwowa. Co prawda biletów nie dostali, ale jakoś na stojąco udało im sie zapakować.

Dzień 2 (niedziela, 29.IV). Wyjazd po raz drugi.

O tej nieludzkiej porze zebraliśmy się ponownie na przystani i już bez przygód ruszyliśmy. Podróż przebiegała całkiem sprawnie aż do przejścia w Hrebennem. Tutaj pogranicznicy nas trochę przytrzymali, ale znowu nie aż tak potwornie długo. Czekając już po Ukraińskiej stronie zostaliśmy wręcz porażeni najnowszymi wiadomościami. Tamtejsze służby drogowe nie chcą nas wpuścić. Według przepisów autobus nie może ciągnąć przyczepy. A Lucjan specjalnie dzwonił, dowiadywał się wcześniej i dostał informację, że tenże przepis już nie obowiązuje. Przyszło pismo z Kijowa i trudno. No a bez kajaków to ciężko jest kajakować. 🙁 Próbowaliśmy znaleźć jakiś transport dla naszych skorup, ale nic z tego nie wyszło. Kazali nam się wrócić i już.

No i wtedy się okazało, że tak naprawdę nie będziemy płynąć Prutem, tylko Sanem. Start nie w Kołomyji tylko w Sanoku, a koniec zamiast w Czerniowcach, gdzieś na podkarpaciu.

Na osobną opowieść zasługują przygody Danusi, która przemieszczała się samotnie z Kijowa do Stanisławowa, gdzie mieliśmy się spotkać. I kiedy już zadowolona dotarła na miejsce, dowiedziała się, że to nie koniec wędrówki i musi w ciągu kilkunastu godzin dotrzeć do Sanoka. Może się podzieli z nami swoimi rewelacjami poniżej. Miejsce w komentarzach jest. 🙂

Późnym wieczorem dotarliśmy do Sanoka i znaleźliśmy przyjemne miejsce na nocleg tuż obok skansenu. Muszę przyznać, że byłem mocno załamany obrotem spraw. Nastawiłem się potwornie na ten Prut, Czerniowce, Ukrainę i szczególnie na spotkanie z zaprzyjaźnionymi Ukraińcami. Zastanawiałem się nawet, czy by z rana się nie przepakować i nie pojechać w Karpaty Ukraińskie. Po telefonie do Ukraińców i poinformowaniu, że ze spotkania raczej nic nie wyjdzie, dostaliśmy informację “na otarcie łez”. W Kołomyji leje i to mocno.

Dzień 3 (poniedziałek, 30.IV). Wreszcie na wodzie.

Po udanym noclegu i przyjemnym śniadanku wyrychtowaliśmy kajaki (skorupy wypakowane, składaki zmontowane a Jacek z Adamem nadmuchali swojego pontonowego wodolota) i zapakowaliśmy się wreszcie na wodę. Sen mi skutecznie wybił z głowy pomysł dezercji i morale się zdecydowanie poprawiło, szczególnie, że pogoda była całkiem niezła. Co prawda robiło się coraz chłodniej, ale nie wydawało się tak strasznie.

San na tym odcinku jest rzeką piękną, o charakterze górskim. Idealną do nauki pływania po takich wodach. Są kamienne mielizny, bystrza, uskoki, skały przebiegające w poprzek rzeki i pojedyncze kamienie. Jednocześnie jest dosyć bezpiecznie. Jest sporo miejsc, gdzie trzeba wybrać to jedyne, właściwe przejście i można nauczyć się “czytać rzekę” bez większych konsekwencji (poza ryzykiem podziurawienia poszycia kajaka). A wokół piękne widoki i przyroda. Rewelacja po prostu.

Już po kilku kilometrach Jacek z Adamem stwierdzili, że na tym wynalazku nie da się pływać. Zgodnie zakomunikowali, że sprzęt po powrocie pojawi się na allegro. Kolana pod brodą, kajak całkiem nadsterowny a do tego strasznie wolny. A później złapali przymusową kąpiel. Po prostu zsunęli się z niego prosto do wody. Brrrrr.

W połowie odcinka przerwa na posiłek. Muszę przyznać, że z radością powitałem tą decyzję. Tym wspaniałym poradzieckim, prawie nowym składakiem (Tajmenem) zaliczyłem jakiegoś kamulca i zrobiłem sporą dziurę. Wody zaczęliśmy nabierać dosyć solidnie. A dodatkowo przy obniżającej się z minuty na minutę temperaturze i częstej konieczności wyskakiwania do wody po utknięciu na mieliznach (poziom wody był strasznie niski) nogi zaczynały mi kostnieć. Przerwę mogliśmy wykorzystać na ogrzanie i załatanie dziury. Później się okazało, że gąbka do wybierania wody i masa bitumiczna do łatania dziur będą nam towarzyszyć już do końca spływu i staną się naszymi najlepszymi przyjaciółmi. 🙂

Po ogrzaniu się przy płomieniach ogniska, posiłku i pracach remontowych ruszyliśmy dalej. No i jest pierwsza wywrotka z prawdziwego zdarzenia! Na Ptasim Uskoku, jedynym trudniejszym miejscu na rzece. Krzysztof z Olą przeszli i zaraz za nim fajt. Kajak do góry dnem i kąpiel po czubek głowy. Najgorsze, że nikt nie widział tej wywrotki. Ot kolejny kajak przeszedł i można zająć się swoimi sprawami. Jedyne co, to relacja Krzysztofa: “To był moment, chwila i już byliśmy poza kajakiem i strasznie długo wypływaliśmy, żeby obejrzeć znowu błękitne niebo”. Po osuszeniu topielców i zmianie ciuchów na ciepłe i suche popłynęliśmy dalej i już bez większych przygód dopłynęliśmy do miejsca obozowania.

Po posiłku i ogrzaniu się przy ognisku w wesołej kompanii można się było ułożyć spać do namiotów. A robiło się coraz zimniej…

Dzień 4 (wtorek, 1.V). O jejku, cóż za zimnica.

Jeśli wczoraj myślał ktoś, że jest zimno, to się mylił. I to grubo. Poranek, jeszcze całkiem słoneczny, wykorzystaliśmy (szczególnie “składakowcy”) na prace szkutnicze. Łatanie kajaków, Jurek z Charlim wzięli igłę i nici w obroty i zaszyli powłokę, bo w niektóre dziury można było dłonie wkładać. Wojtek kładł łatę na łacie. Ja w nowych tajmenach odkryłem poważną wadę konstrukcyjną i szukałem tymczasowego rozwiązania problemu przecierania powłoki pod siedziskiem.

Nic to, zimno nie zimno, płyniemy dalej. A temperatura spada z minuty na minutę. Jeszcze nigdy nie wymarzłem tak w kajaku. Jeszcze nigdy nie płynąłem tak grubo ubrany w czapce polarowej na głowie. Postój na odsapkę w Dynowie i pierwsze co, to wielgaśne ognisko rozpalamy. Czekaliśmy dość długo na Mikołaja (nasza czerwona latarnia) i jeszcze kilka kajaków. W końcu dopływają z informacją, że Marysia wywrotkę zaliczyła. Brrrr. W tych temperaturach. A wodowanie klasyczne. Utknęła na kamieniu, kajak się obrócił w poprzek nurtu a resztę prąd zrobił. Mimo pełnego zmoczenia, przemarźnięcia i utopionych okularów Marysia płynie dalej. Zuch kobieta.

Po dopłynięciu do Słonnego miła niespodzianka zgotowana przez tych co tego dnia zdecydowali się na transport cieplejszy, autokarowy. Pod niebo strzelają płomienie ogniska, kiełbaski z kijkami już czekają na pieczenie, także można się wygrzać przed rozpoczęciem prac obozowych. Tego nam było trzeba. Jeszcze tylko przejść się do sklepu. Niedaleko jest. Zebrałem zamówienia. Poza paroma drobiazgami cała kolekcja napojów rozgrzewających. Wiśniówka, żoładkowa gorzka, krupnik, czysta. No ale w tych warunkach coś nam się należy. A w sklepie dramat. Poza piwem i jabolami nic nie ma. No i pokarało nas to, że nieprzygotowani się wybraliśmy.

A wieczorem dokonaliśmy niepokjącego odkrycia. Zjawisko jakże znane i typowe zimową porą, ale w maju sople lodu zwisające z kajaków?… Oj ciężka noc się szykuje, ciężka. Wieści z Warszawy: u nich pada śnieg. A jednak może być gorzej. 🙂

Dzień 5 (środa, 2.V). Powoli odtajamy.

Poranek przywitał nas pięknym słoneczkiem. Co prawda szron w cieniu pokrywał trawy, woda w baniakach i menażkach pozamarzała ale szykuje się ciepły dzień. Muszę przyznać, że noc zniosłem bardzo dobrze. Nowy śpiworek sprawdził się w stu procentach.

Na wodzie tego dnia obyło się bez większych przygód. Poza już tradycyjnymi pracami szkutniczymi przy składakach, wielgaśnej dziurze pod sterem u Charliego nic godnego odnotowania nie ma. No i temperatura już bardziej znośna, słoneczko świeci. Ot, spokojny dzień na pięknej i ciekawej rzece.

Nocleg w Reczpolu. Jak to Bogdan określił, na tym obozowisku można co najwyżej kupę zrobić. Ale wcale nie było tak źle. Trochę nierówno i może zbyt duże zagęszczenie namiotów na jednostce powierzchni, ale nie było tak źle. A przynajmniej nie słyszałem, żeby ktoś się skarżył.

Wieczorem dłuższy spacer do wsi. Obejrzeliśmy sobie całkiem ładną drewnianą cerkiewkę i cmentarz ze starymi nagrobkami, najprawdopodobniej jeszcze Ukraińskimi. I ten zjawiskowy, wschodzący księżyc. Jaka szkoda, że zostawiłem aparat w namiocie.

Dzień 6 (czwartek, 3.V). Zwiedzanie Krasiczyna i trening cierpliwości.

Pogoda idzie ku lepszemu. Nawet zaryzykowałem kąpiel. Żeby nie przeginać ograniczyłem się do tych części ciała znajdujących się od pasa w górę.

Po dość krótkim czasie dopłynęliśmy do Krasiczyna i wybraliśmy się zwiedzać zamek. Niestety do środka nie weszliśmy, bo zbyt dużo czasu by to zajęło. Ale park bardzo sympatyczny, zamek z zewnątrz też prezentuje się ładnie i okazale. Po zwiedzaniu udało się naciągnąć komandora Lucka na jeszcze trochę czasu wolnego, więc z częścią grupy wybraliśmy się do karczmy na obiad. I tutaj zostaliśmy poddani ciężkiej próbie. Posiłek pojawił się po jakiś dwóch godzinach i według relacji był dramatyczny. Ja jeszcze nie trafiłem tak źle, ale większość co solę zamówiła skutecznie wyleczyła się na dłuższy czas z jadania ryb w knajpach. A jeszcze niektóre zamówienia nie zostały zrealizowane w całości…

Gdy z Bartkiem i Rafałem dotarliśmy do kajaków, okazało się, że czekają już tylko nasze dwa. Co prawda Małgosi, mojej załogantki, nie było, ale przy brzegu czekał Tadeusz z informacją, że nasze załogi się zbuntowały i porwały jego kajak. Wygląda na to, że tego dnia będziemy płynąć we dwóch. Po drodze mieliśmy przyjemność obserwowania z bardzo bliskiej odległości czarnego bociana. Piękny ptak.

Pływanie niektórymi kajakami bez steru nie należy do rzeczy łatwych i przyjemnych. Przekonały się o tym Danusia z Małgosią, zwiedzając bardzo dokładnie oba brzegi. A trzeba było uciekać kapitanom i porywać kajak? 😉

Wieczorem rozrywki dostarczył nam Bartek, wyciągając na wędkę piękny okaz Bolenia. Później już tradycyjne ognisko ze wspólnymi śpiewami. Tym razem jeszcze dodatkowa okazja była do zabawy. Ola obchodziła swoje święto.

Wieści od Mańka i Łukasza: na Borżawie podobna syberia jak była jeszcze nie dawno u nas. Cóż, wygląda na to, że tego maja każdego musi pomrozić i wychłodzić.

Dzień 7 (piątek, 4.V). Gówniana rzeka.

Nocowaliśmy w Ostrowiu w pobliżu legendarnego jazu, który już sporo ofiar pochłonął, więc z rana zapakowaliśmy kajaki na przyczepę i od razu przemieściliśmy się za Przemyśl. Co prawda po drodze mieliśmy zatrzymać się na zwiedzanie, ale jakoś nie wyszło.

San za Przemyślem zmienia się w nizinną, szeroką i trochę nudnawą rzekę. Dopiero pod koniec dnia, jakieś dziesięć kilometrów przed Radymnem zrobiło się ciekawiej. Pojawiły się znowu bystrza i przesmyki. Tylko ten syf i gówna płynące razem z nami mocno przeszkadzały. I zapach nienależący do zbyt świeżych.

Nocleg w Radymnie pod mostem. Trochę przeszkadzały te księżyce oświetlające drogę. Ale dzięki nim miałem przyjemność zaobserwowania wydry polującej w wodzie.

Wieści od Mańka i Łukasza: pierwszy nocleg bez namiotu i towarzystwo misia w pobliżu. Znaczy to chyba, że się cieplej zaczęło u nich robić. A miś nie podszedł za blisko, bo jeszcze sms-y wysyłają.

Dzień 8 (sobota, 5.V). Ostatni dzień na wodzie, Jarosław i powrót.

Dzisiaj już ostatni odcinek. Jakieś piętnaście kilometrów, więc nawet kajaka nie łatałem.

I byłby to najnudniejszy odcinek, gdyby nie obecność mostu kolejowego a zaraz za nim ruin starego. Bystrze było solidne a jeszcze wystawały różne metalowe pręty i pozostałości konstrukcji, więc zdecydowaliśmy się przeburłaczyć kajaki przy brzegu. I tutaj rozrywki dostarczyli nam Rafał z Bartkiem. Chcieli zrobić piękne, dynamiczne zdjęcia z przeprawy, więc już po drugiej stronie zapakowali się w kajak i podpłynęli bliziutko bystrza. Bartek pstrykał, Rafał próbował sterować. Niestety nie wzięli poprawki na silny nurt, odwój i niezwykłą chybotliwość skorupy. Prąd zrobił swoje, a chłopaki zaliczyli przymusową kąpiel. Bartek dzielnie ratował aparat i starał się zminimalizować czas jego kontaktu z wodą.

I to by było na tyle majowego kajakowania w tym roku. W Jarosławiu w pośpiechu spakowaliśmy sprzęt, bo już mieliśmy umówione spotkanie z przeorem dominikanów na zwiedzanie klasztoru. Później przewyborny spacer po przepięknej starówce, przegląd kościołów, a na koniec wreszcie porządne jedzenie w przyrynkowej restauracji. Tutaj trafiliśmy rewelacyjnie. Obsługa sprawna, ceny niewygórowane, a jedzenie bardzo przednie.

Po północy chórzyści odśpiewali Luckowi “Cyganeczkę” (szykowali się przez cały wyjazd), łyknęliśmy “za szczęśliwy powrót” i do domu. Ale widać za słabo łyknęliśmy, bo wcale nasze przygody autokarowe się nie skończyły. W okolicach Niska urwał się hak. Przyczepa przejechała przez przeciwległy pas i wylądowała w rowie. Całe szczęście, że nikt nie jechał z naprzeciwka i że kajaki Mikołaj uwiązał po mistrzowsku. Przebudzony gospodarz nie miał zbyt szczęśliwej miny (bo kto by miał jakby go oderwać od poduszki o 2 w nocy), ale zgodził przechować nasze kajaki. Do przystani dotarliśmy rano bez przyczepy.

Na zakończenie.

Na zakończenie chciałbym ogromnie podziękować całej ekipie za świetną atmosferę. A w szczególności Luckowi, naszemu komandorowi, za perfekcyjną organizację i Małgosi, mojej załogantce za cierpliwość i niestrudzone wybieranie wody z przeciekającego kajaka. 🙂

Już dawno tak nie wypocząłem jak przez ten tydzień. Za rok, mam nadzieję, powtórka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Blog

Statystyki i inne